Przemiana w głuszy, czyli wiosna, palmy oliwne i przemiana wina w wino.

» Posted by on Kwi 30, 2017 in Drogi Toskanii, Podróże, Toskańskie tradycje | 3 komentarze

Przemiana w głuszy, czyli wiosna, palmy oliwne i przemiana wina w wino.

PRZEMIANA w głuszy.

Przemiana w głuszy czyli wiosna, palmy oliwne, karczochy i przemiana wina w wino.

PRZEMIANA to u mnie słowo-klucz kwietnia, a nawet KLUCZ do podsumowania tego wiosennego miesiąca.

Przemiana, zmiana, przeobrażenie lub przekształcenie, jeżeli by pokusić się o więcej słów-kluczy, które obrazują to, co się wydarza na wiosnę w świecie roślin, w otoczeniu i w duszy człowieka, który to obserwuje.

Najbardziej zauważalne przeobrażenie toskańskiej głuszy, to zmiana naturalnej szaty z zimowej w wiosenną. Z szarego i burego w zielone… nie, nie tak! Słowo “zielone” absolutnie nie oddaje tego co mam na myśli.

Chodzi mi o jasną, a raczej świetlistą zieleń świeżo rozwiniętych, wiosennych liści. Fajnie uwiecznić pierwsze oznaki wiosny, jej świetlistą zieloność na tle szarości. Właśnie taką, jak na poniższym zdjęciu. Wiosenne kwiaty również cieszą oko, ale ja jednak upieram się przy świetlistych zielonościach.

Niedaleko mnie znajduje się zabytkowa Villa Cini, piękna i oryginalna, ujęta w niedawno wydanej publikacji “50 Ville nel Valdarno Superiore” ASKA Edizioni, 2016. Z pobliskiej drogi czasem można zaobserwować skrawek ciekawej bryły budynku, przesłonięty przez bujną roślinność.

Jedyne co przejeżdżający kierowca może zaobserwować, to długa aleja obsadzona wiekowymi cyprysami prowadząca do willi, której wjazdu strzeże przegradzający ją na całej długości, równie wiekowy, zardzewiały łańcuch z napisem “Posiadłość prywatna”. Na szczęście znalazłam punkt widokowy na wzgórzach Badia Agnano, gdzie choć trochę ją widać. Przy okazji i mimowolnie uwieczniłam wiosenną przemianę w kolorze szaro- jasno- i ciemnozielonym, z czego jestem ogromnie dumna.

Kwietniowa przemiana zazwyczaj dotyczy DUCHA i duchowego odrodzenia, czego zawsze sobie życzymy na Wielkanoc. Ostatnio staram się przygotowywać mojego DUCHA na odrodzenie. Bardzo pomaga mi w tym Niedziela Palmowa, po włosku Domenica delle Palme, a po toskańsku Domenica delle Palme di Olivi, czyli Niedziela Palm z Drzewa Oliwnego, bo tylko takie palmy się tu świeci. Tym razem Niedziela Palmowa w Monte Oliveto Maggiore.

Nie wiem, jak jest w metropoliach typu Florencja (oj, chyba powinnam się dowiedzieć), ale w głuszy zanosi się do święcenia gałązki drzewa oliwnego, które później zawieszane są w widocznym miejscu w domu i trwają tak cały rok, aż do momentu, kiedy zastępowane są nowymi. Gałązek drzewka oliwnego z poprzedniego roku absolutnie nie wolno wyrzucać do śmieci – według tradycji należy je spalić i do dziś ta tradycja jest pieczołowicie podtrzymywana.

I ja mam swoją gałązkę oliwną, przywiezioną z opactwa Monte Oliveto Maggiore. Pomyślałam sobie, że mój DUCH przygotuje się lepiej na wielkanocne odrodzenie, gdy wsłucha się w gregoriański śpiew zakonników. Może i “mój duch” się przygotował do odrodzenia, kto go tam wie (!), ale niewątpliwie ożywił się, obserwując pozostałych uczestników mszy, trzymających w ręku gałęzie oliwne.  

Zafrapowało mnie to, że po mszy tłumnie udawali się do przyklasztornego sklepiku z pamiątkami, potem krążyli na terenie klasztoru, krążyli i w pewnym momencie gdzieś znikali. Gdzie u licha wszyscy się podziali?

Ciekawość wzięła górę i poszłam za jedną parą z oliwnymi gałązkami. No tak, teraz jasne – udawali się do sekretnej piwnicy z winami, tam gdzie inni „znikający”. Cieszę się z mojego śledztwa, bo przynajmniej odkryłam klimatyczną piwniczkę.

Załapałam się i ja na degustację i rozmowę z sympatycznym gospodarzem winnej piwniczki. Wina świetne – próbowałam rocznika 2014, 2015 i 2012. Doświadczony sprzedawca prowadzi degustację właśnie w tej kolejności – na końcu oferuje do spróbowania wino najlepsze i najdroższe, do którego zakupu oczywiście bardzo zachęca, rozpływając się w komplementach i zachwytach nad jego smakiem. Wina z 2014 i 2012 roku były znakomite, natomiast w roczniku 2015 wyczułam dziwny posmak, którego rodzaju nie potrafiłam zidentyfikować, więc na wszelki wypadek nie odzywałam się na ten temat, bo widać nie jestem aż tak wyrobionym znawcą, aby wyrazić słowami to co czuje moje podniebienie. 

Zdziwił mnie wyjątkowo dobry smak rocznika 2014, bo pamiętam, że ten rocznik na prawie całym terenie Toskanii, był uznany przez winiarzy za wręcz stracony. Lato 2014 było tak zimne i deszczowe, że zewsząd dochodziły jęki, co do jakości winogron i w związku z tym, finalnego produktu, tj. wina. Rozmawiam o tym z gospodarzem piwniczki i szybko orientuję się, że lawiruje między interesującymi mnie informacjami, wciąż mi potakuje i mówi mi to, co chcę usłyszeć. Zatem nie kontynuuję tematu, bo zaczynam czuć się jak jakiś śledczy, a poza tym piwniczka jest zapełniona ludźmi przysłuchującymi się naszej rozmowie, a ja nie chcę, aby moje wywody wpływały na ich zamiary zakupowe.

Po wyjściu z piwniczki, podchodzi do mnie jakiś sympatycznie wyglądający pan, przedstawia się i mówi “Też się zastanawiałem, jak to wszystko funkcjonuje. W promieniu kilkunastu kilometrów nie ma tu żadnej winnicy, a klasztor musi sobie jakoś finansowo radzić, więc sygnuje swoją marką wina, nalewki, cukierki, produkty ziołowe etc. które mają różne pochodzenie”. Taaaak… Przemiana wina w wino 🙂

Inna wiosenna przemiana wiąże się ze świeżym karczochem, który pojawił się w moim jadłospisie. Włoskie warzywniaki i ogrody są pełne tych mięsistych kwiatów, a talerze karczochowych dań, których i ja jestem wielbicielką. W dzień Palmowej Niedzieli stałam się fanem karczochów z … terakoty, które widnieją na domach pobliskiego Chiusure.

To zasługa niedawno poznanej, włoskiej Sary, która namówiła mnie do spacerku po Chiusure, pomimo mojego oślego oporu: “Po co mamy tam iść? Mówili mi, że nie ma tam nic ciekawego, mała miejscowość i tyle”. A jednak znalazłam tam coś interesującego – terakotowe karczochy, które są niewątpliwą atrakcją tej malutkiej osady.

 Jak się dowiedziałam w barze o niebiańskiej nazwie Paradiso (Raj), karczoch jest tu bardzo ważną osobistością – corocznie 25 kwietnia (dzień wolny, bo we Włoszech 25 kwietnia obchodzi się święto państwowe), odbywa się tu Święto Karczocha w towarzystwie kiermaszów, festynów i ogólnej radości.

Bardzo sympatyczne są te karczochowe historie, o smakołykach z tym kwiatem w roli głównej już nie wspomnę. W ten sposób maleńka miejscowość Chiusure, oprócz ogromnej zasługi znajdowania się na trasie Strada del Pecorile, czyli Owczej Drogi, ma u mnie następny wielki plus – karczochy.

Wniosek jest jeden – nigdy nie wierz, jeżeli ktoś mówi Ci ” tam nic nie ma”. Sprawdź na własne oczy, bo zawsze coś możesz wypatrzeć. Niech to będą dwa słowa-klucze. 

Pozdrawiam z karczochowego raju, ciaooooo 🙂 

3 komentarze

  1. Ciao Wiolla,
    Jak zwykle ciekawie i zajmująco…
    Trochę się „pogubiłam”, jesteś tu czy tam ?
    Saluti – T.

    • Ciao Teresa 🙂 Jestem TU czyli w Toskanii, dokładniej w toskańskiej głuszy, jak zwykle 🙂
      Salutuję z głuszy

  2. Powodzenia !!!!
    Pisz i rozglądaj się za czymś ciekawym….

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.