Praca na emigracji. Sposoby przetrwania

» Posted by on wrz 27, 2022 in Drogi Toskanii, Ludzie, Moja Toskania i Przyjaciele, Podróże | 2 komentarze

Praca na emigracji. Sposoby przetrwania

Sposoby przetrwania w pracy na emigracji

Podróżowanie jest brutalne. Zmusza cię do ufania obcym i porzucenia wszelkiego co znane i komfortowe.

Jesteś cały czas wybity z równowagi. Nic nie należy do ciebie poza najważniejszym – powietrzem, snem, marzeniami, morzem i niebem. Cesare Pavese.

Zacytowałam powyżej te słowa włoskiego poety, bo zastanawiam się, co miałby on do powiedzenia na temat pracy w obcym kraju, często “na czarno”, skoro już samo podróżowanie, w dodatku nad morze (!!!), określa jako rzecz brutalną!

Villa Frisoni czyli Castello Lupinari

Na początku mojej włoskiej “kariery emigranta”, pracowałam jako “pomocnik do wszystkiego” w pięknym, toskańskim zamku Castello Lupinari. Co prawda ta okazała budowla została zaprojektowana jako willa, Villa Frisoni przez słynnego, eklektycznego włoskiego architekta-artysty Gino Coppedé dla Luigi Edoardo Frisoni, bogatego przedsiębiorcy, właściciela majątku Lupinari. Jednak od początku jej zaistnienia powszechnie przyjęła się lokalna nazwa Castello Frisoni tj. zamek Frisoni, a nie tam żadna willa. Faktycznie, przypomina mały zamek z wieżą, chociaż nie posiada wielu cech typowych dla zamków, typu mury obronne i inne umocnienia służące celom militarnym itp. Pewnie dlatego, że powstał stosunkowo niedawno, bo w 1906 roku, kiedy ludzie najwyraźniej przestali się martwić oblężeniami średniowiecznego wroga, hmmm….

Od strony wschodniej ma wspaniały ogród z fontanną i rzeźbami, a od zachodniej domki pełniące funkcje agroturystyczne, które są niczym innym jak dawnymi “domem pana i domami robotników” posiadłości Tenuta Lupinari. Jest jeszcze tzw. “fattoria” czyli budynki gospodarcze, gdzie znajdują się warsztaty i specjalne pomieszczenia z maszynami rolniczymi i urządzeniami do przerobu winogron i oliwek z drzew oliwnych, kadzie i beczki, gdzie zachodzi proces fermentacji mojego ulubionego soku winogronowego, gdzie dojrzewa i leżakuje wino, prasy do wyciskania oliwy z oliwek, stalowe i szklane kadzie do przechowywania oliwy itp.

Villa Frisoni, obecnie znana jako Castello Lupinari, widok od strony restauracji i domków agroturystyki. Źródło zdjęcia: profil Tenuta Lupinari na Facebook

Zjawiskowe opisy architektury

Zachwycam się opisami szczegółów architektonicznych umieszczonymi na stronie internetowej miłośników pieszych wycieczek Club Alpino Italiano tj. CAI, sekcja Valdarno Superiore. Większość ich dotyczy wnętrz i detali od strony ogrodu, której na moich ujęciach z 2019 roku akurat nie widać, ale na różnych portalach internetowych można znaleźć zdjęcia ukazujące szczegóły architektoniczne. CAI Valdarno używa słownictwa zgodnego z zamierzeniami architekta i budowniczych zamkowej budowli czyli willi.

Część tarasu na parterze zamku Lupinari. Źródło: Facebook, strona agroturystyki Tenuta Lupinari

Z zewnątrz od razu rzucają się w oczy okna z kamiennymi kolumnami i kapitelami, zwieńczone artystycznie inkrustowanymi cegłami i strzeżone przez rzeźby kamiennych lwów. Łukowate podcienia (loggia) wystają ze zwartej geometrii budynku, wewnątrz której znajduje się ciąg fresków i malowideł ściennych, zwieńczonych herbami i kartuszami, kamieniami mozaikowymi i malowanymi kafelkami, wyraźnie przypominającymi portugalskie azulejos. Piękne są malowane sufity kasetonowe z inkrustowanymi deskami i belkami wzdłuż narożników. Wnętrze willi jest równie interesujące – zawiera oryginalne freski i naścienne zdobienia oraz meble z czasów jej powstania, które połączono z antykami z tej samej epoki, starannie dobranych przez rodzinę Pellegrino. (ostatni, póki co, właściciele zamkowej willi – dopisek autorki postu) – cytuję za CAI Valdarno.

Ach! Pięknie tam było! W czasie gdy tam pracowałam, nie miałam nawet aparatu fotograficznego ani telefonu z opcją fotograficzną, ale znalazłam parę zdjęć wnętrz tej willi w internecie i wstawiłam do artykułu o słodkim sieneńskim smakołyku Panforte, który dla mnie już zawsze będzie kojarzyć się z Signorą Marią Letizią Pelegrino, właścicielką zamku i posiadłości Lupinari.

Teraz czas na moje spostrzeżenia i uwagi odnośnie rozkładu zamkowych pomieszczeń. Pod kątem pracy rzecz jasna. Na parterze były salony, biblioteka, gabinet pana inżyniera, zamkowa kuchnia oraz jadalnia z baaaaardzo długim stołem, wypisz, wymaluj, jak z filmów o arystokratycznych rodach. Na pierwszym piętrze znajdowały się sypialnie właścicieli zamku, oraz pokoje gościnne. Drugie piętro mieściło komnaty o najróżniejszym przeznaczeniu, najczęściej wypełnionych po brzegi rzeczami właścicieli zamku tj. garderoby z niezliczoną ilością butów, ubrań, kapeluszy, torebek, parasoli itp.

Zamek Lupinari jako miejsce pracy czyli spostrzeżenia “pomocnika”. Zdjęcie z 2019 r.

Nie były to absolutnie żadne “graciarnie”. Pięknie pomalowane w roślinne motywy, wysokie na ponad 5 metrów, przestronne komnaty przypominały raczej obficie zaopatrzone wnętrza eleganckich sklepów. “Księżna Pani” często tam wchodziła, sprawdzając, czy na bieżąco tam sprzątamy i doglądając czy jej cennym futrom dalej mieszka się w szafach dostojnie, pachnąco i elegancko. Tam też, na drugim piętrze, znajdowały się pokoje dla “pomocników”, tj. między innymi dla mnie. Wyżej wchodziło się na górny taras i zamkowe wieże. W zamku znajdowało się wiele przejść i wspaniałych schodów służących właścicielom zamku oraz osobna klatka schodowa łącząca wszystkie piętra, z której korzystali pracownicy.

Addis Abeba

W tym czasie do pracy w zamku wraz ze mną został przyjęty i mieszkał parę pokojów ode mnie, na wspomnianym już piętrze “dla pomocników”, pewien czarnoskóry Addis, z Etiopii. Przy każdej okazji i wszędzie chwalił się, że jego imię pochodzi od stolicy jego ojczyzny i faktycznie, skutek jest taki, że już na zawsze pamiętam, że stolicą Etiopii jest Addis Abeba.
Addis był niezwykle wytrzymały na trudy pracy w gastronomii i hotelarstwie. Świetnie sobie radził z pracą w czasie upałów, wydawał się być w swoim żywiole, gdy temperatura powietrza w miesiącach diabelsko gorącego, włoskiego lata wynosiła powyżej 35 stopni w cieniu. Nie muszę chyba wspominać, że w przypadku mojej osoby było odwrotnie – praca fizyczna w temperaturach przekraczających 30 stopni powoduje, że staję się “zombie”.

Ja i Addis byliśmy pracownikami “do wszystkiego”, rzecz jasna na tym najniższym poziomie tj. do pomocy w zamkowej i hotelowej kuchni, do sprzątania zamku i apartamentów dla turystów w zamkowej agroturystyce, do usługiwania właścicielom zamku i gościom, itd. Oprócz nas parę dni w tygodniu przyjeżdżały do zamku dwie, czasem trzy panie jako pomoc doraźna. Pracy fizycznej było tak dużo, że pracowników mogłoby być spokojnie dwa razy więcej. Jedynie w wielkim ogrodzie, na winnicach i w gaju oliwnym praca nas omijała, bo na bieżąco zajmował się tym ogrodnik, a do winobrania i zbiorów oliwek wynajmowano okolicznych mieszkańców.

Addis podgląda i podsłuchuje

Zorientowałam się kiedyś, że ważną częścią jego strategii przetrwania w ciężkiej pracy emigranta jest… podglądanie i podsłuchiwanie właścicieli zamku. Przyłapywałam go w dzień, gdy podsłuchiwał pod drzwiami ich pokojów, niby coś tam w zapale czyszcząc. Najczęściej natykałam się na niego wieczorami i nocami gdy przechodziłam korytarzem do mojej łazienki, słyszałam jak schodził po cichu klatką schodową łączącą zamkowe piętra i podsłuchiwał rozmowy “Jaśnie Państwa”. W ten sposób zawsze udawał, że jest bardzo inteligentny i domyślny, podczas gdy wszystkie informacje zdobył z uchem przy drzwiach….

Przez średniowieczny wizjer w murach zamku Brolio, taką wspaniałą dziurkę od klucza oglądam sobie minioną rzeczywistość, która jest jednak nieoczywista…. Zdjęcie z 2015 r.

Addis zawsze wszystko wiedział, wszystko rozumiał, podczas gdy ja kompletnie nic. Powiem więcej, często nie wiedziałam, co się dzieje dookoła, musiałam się dopytywać i z pewnością wyglądać na niezbyt rozgarniętą.

Mnie podsłuchiwanie i tak by nie wyszło – wtedy nie rozumiałam pięknego, włoskiego języka (mówiłam tylko po angielsku), od razu po pracy kładłam się spać nieżywa ze zmęczenia. Praca fizyczna w agroturystyce i ogólnie gastronomi, w diabelsko gorącym, włoskim klimacie była zbyt wyczerpująca. Taka osoba jak ja, o dość słabej kondycji, która w Polsce pracowała wyłącznie w administracji biurowej, po całodziennej pracy we włoskiej agroturystyce “padała na twarz”, więc nawet gdybym znała język włoski, nasłuchiwanie przy klatce schodowej byłoby dla mnie nie do przejścia.

A Addis nie dość, że nigdy nie odczuwał zmęczenia, to jeszcze pół nocy nie spał, bo podsłuchiwał rozmowy z piętra poniżej. W ten sposób wiedział co “Państwo” lubią, co zamierzają, co o kim mówią, i co za tym idzie – jak sprawić, żeby w razie czego “poprawić wizerunek”, wiedział kiedy i kto przyjedzie lub wyjedzie, w jakim celu, kiedy wróci, itp. W ten sposób nic go nigdy nie zaskakiwało i potrafił reagować na na nadchodzące “zagrożenia”. Tak, zagrożenia, bo przyjazdy gości na zamek wiązały się z dodatkową pracą, a jak wspomniałam, pracy było o wiele za dużo. Jedną z głównych strategii przetrwania Addisa, oprócz podsłuchiwania, była praca tylko wtedy, gdy na niego patrzyli, bo gdy “Księżna Pani” i jej córki wyjeżdżały, wałkonił się totalnie nic nie robiąc. Domyślam się, że w ten sposób odreagowywał trudy codziennej pracy.

Górny taras zamkowy, przy wieży. Baaardzo przyjemne miejsce, tym bardziej, że nie było tam zbyt wiele rzeczy do czyszczenia, segregowania i sprzątania 🙂 Źródło: Facebook, strona agroturystyki Tenuta Lupinari

Haruj jak wół albo unikaj pracy

Inną strategią przetrwania trudnego życia emigranta jest unikanie obowiązków, tam gdzie jest szansa ich uniknąć. Dzisiaj akurat przyszło mi na myśl zachowanie pewnego pracownika firmy kurierskiej. Działo się to parę lat przed pandemią, mniej więcej w roku 2015, więc jeszcze nie był to czas kompletnego wariactwa, jakim stała się praca kuriera w i po roku pandemicznym 2020 r.

Dom na wzgórzu

Pracowałam wtedy jako opiekunka starszej, schorowanej signory i mieszkałam u niej w domu na szczycie wzgórza w toskańskiej głuszy. Wjazd jest tam dosyć stromy, ponadto droga na to wzgórze jest tak wąska, że mieści się na niej tylko jeden samochód. Akurat w Toskanii i ogólnie we Włoszech zdarzają się bardzo wąskie drogi, szczególnie w takich oto głuszach. Na szczęście przy takich drogach na ogół znajdują się tzw. zatoczki, do jednej z nich trzeba się wycofać i poczekać, aż pojazd z naprzeciwka zjedzie ze wzgórza.

Nie ma innej opcji – lepiej być kierowcą wycofanym niż staranowanym. Zjeżdżający ma pierwszeństwo, chociaż powszechna praktyka wśród włoskich kierowców, często chamskich dla swoich, ale jakże uprzejmych dla kierowców z zagraniczną rejestracją, jest taka, że do zatoczki wjeżdża ten, kto ma bliżej.

Parę odcinków drogi na wzgórze w którym mieszkałam, Capannole

Tak się składało, że pracując jako opiekunka starszej, chorej pani w takiej słabo skomunikowanej głuszy, miałam dzień wolny tylko w niedziele, kiedy wszystkie okoliczne sklepy były zamknięte. Zresztą, nie wyobrażałam sobie spędzać niedzieli, jedynego dnia wolnego, w sklepie, co to to nie! Zatem wiele rzeczy zamawiałam przez Internet.

Na początek UPS, il corriere per benino czyli kurier porządny

UPS – jednym słowem – solidna firma

Wszystko było dobrze, dopóki kupowałam w sklepach, które miały podpisaną umowę z firmą kurierską UPS. Wtedy w chwili składania zamówienia można było nawet wybrać czas dostarczenia przesyłki, np. godziny poranne, popołudniowe lub wieczorne. W wyznaczonym czasie pojawiał się kurier UPS w brązowym, firmowym uniformie, dzwonił, po czym wchodził po wysokich schodach starego domu, w którym mieszkałam, z paczką (czasem to były wielkie pudła), cierpliwy, spokojny, cały oddany idei „od drzwi do drzwi”, żeby podejść z paczką jak najbliżej, wnieść dokładnie tam gdzie odbiorca sobie życzy, tak żeby uwolnić odbiorcę totalnie od problemu jakim jest np. ciężka paczka. Według mnie jest to nie tylko doręczenie, ale coś więcej – prawdziwa pomoc.

Doceniam takie podejście do pracy przez kurierów, którzy są prawdziwą wizytówką firmy. Chylę czoła przed kulturą organizacji, które potrafią wpajać dobre zasady wszystkim pracownikom, szczególnie kurierom, osobom, które mają realny kontakt z finalnym odbiorcą przesyłki.

Droga na wzgórze, widok ze zjazdu na winnice.

Przyzwyczaiłam się do uprzejmego zachowania kuriera z UPS, więc pewnego dnia, gdy oczekiwałam przesyłki z jakiegoś sklepu, przeżyłam szok.

Kurier prostak

Zadzwonił do mnie jakiś kurier – “Wioletta? Sei tu? Ho un pacco per te, devi scendere dalla collina, sono lungo la strada vicino al fiume”, co znaczy “To ty, Wioletta? Mam dla ciebie paczkę, musisz zejść ze wzgórza na dół, jestem przy drodze niedaleko rzeki” i rozłączył się.
Zamurowało mnie. Już nawet nie chodziło mi o to, że bezceremonialnie zwracał się do mnie na „ty”. We Włoszech prości ludzie w codziennym języku mówią sobie na „ty”, nawet jeśli się nie znają, jednak w relacjach z klientem, w sklepach, w instytucjach urzędowych, kulturalnych, używana jest forma grzecznościowa Lei oraz Signore/ Signora jako Pan/ Pani i odpowiednia do tego forma gramatyczna czasownika itd.
Nie jestem jakąś „paniusią”, ale takie słowa od człowieka, którego nie znam i nie widziałam na oczy, trochę mnie ubodły. Poza tym, jak można zwracać się w ten sposób do klientki?

Odporny na wiedzę i trudny do zabicia

Fakt, mieszkałam w toskańskiej głuszy pełnej prostych ludzi. Jeśli nawet określenie “prosty człowiek” i “proste życie” brzmi w miarę pozytywnie, to “prostak” już nie. Pamiętam z jakiegoś amerykańskiego filmu określenie “odporny na wiedzę i trudny do zabicia” – to jest właśnie prostak, prymitywny, chamski gbur, który jednak działa skutecznie, ponadto wywija się z różnych opresji, co oznacza że bezczelnością, chamstwem i tupetem można wiele spraw załatwić na swoją korzyść. Prostak zauważył moje niewłoskie nazwisko, słusznie założył się, że skoro mieszkam w okolicy hmmm… dalekiej od dzielnicy wspaniałych rezydencji i skoro jestem emigrantką, czyli człowiekiem „niższego szczebla”, więc pozwolił sobie zwracać się jak do emigrantów, bez grzecznościowej formy.

Machnęłam na to ręką, w końcu byłam emigrantką i biedakiem, ale już to, że mam zejść ze wzgórza, nad rzekę (ok. 450 m), żeby odebrać od kuriera moją przesyłkę, rozjuszyło mnie na całego, tym bardziej, że akurat karmiłam starszą panią i naprawdę nie mogłam zostawić jej samej. Zadzwoniłam do niego z grzeczną prośbą, aby jednak wjechał na wzgórze, do końca drogi, gdzie znajduje się plac parkingowy. On na to, że nie może wjechać, bo jest za stromo a jego dostawcze auto jest przeładowane. Ja z coraz większą desperacją, że jestem opiekunką chorej osoby i że ani na minutę nie mogę wyjść z domu. Powiedziałam, że musi przyjść pod drzwi, jak to robią wszyscy kurierzy. I rozłączyłam się szybko, tak jak zrobił to on za pierwszym razem.

Moja Pandzia wśród włoskich towarzyszy na parkingu w głuszy

Za parę minut słyszę w oddali klakson. Do drzwi nikt nie dzwoni, za to klakson brzmi coraz natarczywiej. Wreszcie dzwonek do drzwi, otwieram… a tam moja sąsiadka – “Czemu nie idziesz na plac, słyszysz, że trąbi samochód? Tam czeka na Ciebie kurier z przesyłką”. Ja jej na to, że nie mogę zostawić mojej chorej podopiecznej samej przy stole, i że to on powinien przyjść z przesyłką do drzwi, a nie trąbić jak jakiś cham! Sąsiadka zgodziła się popilnować mojej „Bambiny o bardzo małym rozumku”, więc ociągając się poszłam na pobliski parking.
Kurier siedział sobie w najlepsze w samochodzie z logo firmy kurierskiej, której wolałabym już więcej nie widzieć na oczy. Oczywiście nie wyszedł z auta, tylko przez okno podał mi ze złością paczkę. Zazwyczaj do tej pory w takich momentach od kurierów z porządnej firmy dostawałam jakiś rysik i elektroniczną tabliczkę do podpisu. Widocznie już „podrobił” mój podpis. Odjechał kompletnie mnie ignorując.

Prawdziwie wysokogórski wjazd do sąsiadki Vittorii na wzgórzu o wys. 276 m.n.p.m., Borgo Capannole. Na szczęście z drugiej strony domu podjazd jest łagodniejszy.

Nazajutrz wyprowadzam moją podopieczną starowinkę na spacerek. Zatrzymujemy się przy parkingu porozmawiać z sąsiadką w jej ogrodzie. Siedzę pod drzewem oliwnym i widzę jak na parking podjeżdża samochód dostawczy, z którego wysiada ten sam kurier, którego miałam wątpliwą przyjemność spotkać wczoraj. Włazi z wielkim pakunkiem stromymi, zewnętrznymi schodami na pierwsze piętro do domu przy parkingu, sąsiad otwiera, bierze paczkę, podpisuje, rozmawiają coś, uśmiechają się, podają sobie ręce, kurier się odwraca, schodzi na dół i wtedy dopiero mnie zauważa. Robi głupią minę, wsiada do samochodu i szybko odjeżdża.

Dzień później spotykam mojego sąsiada i pytam, czy ten kurier często przywozi mu przesyłki, czy zawsze wchodzi na górę i dzwoni do drzwi? Odpowiada, że czasem dla swojej firmy zamawia produkty z włoskiego oddziału niemieckiej firmy Wurth i zawsze ten kurier przywozi mu paczki. Dodaje jeszcze, że go zna, że ten wczorajszy kurier jest Albańczykiem, muzułmaninem, wnosi mu wszystkie wielkie pudła na piętro i jest bardzo pomocny.

Ostry zakręt w mojej głuszy. W jęz. włoskim taki zakręt określa się jako la Curva 🙂 della Morte, co dosłownie oznacza “zakręt śmierci”.

Zastanawiałam się, czy to, że jestem kobietą o niewłoskim nazwisku, czy fakt, że ten kurier był muzułmaninem spowodowało, że tak lekceważąco się do mnie odniósł? Myślałam, by złożyć na niego skargę, ale w codziennym kieracie pt. “przetrwanie” i “wieczny brak czasu” sprawa rozmyła mi się. Teraz wiem, że szkoda! Trzeba było dać chamowi nauczkę! Wtedy byłam osobą bardzo niepewną, nieśmiałą, przepraszającą, że żyje. I tak byłam z siebie niezmiernie dumna, że zadzwoniłam do niego i zmusiłam go do wjazdu na górę, z drugiej strony obawiałam się zemsty ze strony tego Albańczyka. W Italii miałam okazję doświadczyć jak nieprzyjemnie wygląda zachowanie niektórych wyznawców Allaha w stosunku do kobiet, przebywających tam bez żadnej męskiej opieki.

Zamiast użalać się nad losem samotnych kobiet skazanych na emigracji na kontakty z tzw. “innymi kulturami” wróćmy lepiej do zamku. Na zdjęciu średniowieczny mur zamku Brolio i jeden z tajnych punktów obserwacyjnych.

Podsłuchiwanie i podpatrywanie, nie tylko w zamku

Od dawien dawna zdawano sobie sprawę, że to co podsłuchane lub podpatrzone często jest o wiele bardziej wiarygodne od tego, co ktoś tam oficjalnie mówi. Najważniejsze to być sprytnym i nie dać po sobie poznać, że się wie “o czym szumią (albo milczą) wierzby”. Nawet nie wierzby, a raczej drzewa oliwne, bo przecież jesteśmy w toskańskim zamku. Wiadomo, że informacja to władza, a taka podpatrzona i podsłuchana to prawdziwy SKARB!

Castello Lupinari, widok z tarasu na pierwszym piętrze zamku. Źródło: Facebook, strona agroturystyki Tenuta Lupinari.

I tym refleksyjnym akcentem życzę Ci pięknych widoków z zamkowych tarasów oraz zdobywania jak najwięcej cennych informacji, a może nawet WIEDZY TAJEMNEJ. Niech Ci dobrze służy.

2 komentarze

  1. Szanowna Wiolu. Twój kolega z Etiopii nosi nazwisko podobne do Bikili Abebe, który został mistrzem olimpijskim w Maratonie na igrzyskach w Rzymie w 1960 r. Etiopczyk zdobył mistrzostwo, biegnąc boso. Dopiero cztery lata później w Tokio kupiono mu buty. Był pierwszym w historii biegaczem, który triumfował w Maratonie dwukrotnie pod rząd. Życzę dużo słońca w szybach. I powrotu do Toskanii.

    • Świetna historia z tym bosym biegaczem z Etiopii! Podejrzewam, że nazwisko pana Abebe maratończyka również pochodzi od stolicy Etiopii. Tak w ogóle to oglądając relacje sportowe można odnieść wrażenie, że Etiopczycy w 80% nazywają się Abebe albo Bekele!
      Dziękuję za cudne życzenia, niech się spełnia! Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do Toskanii, odwiedzę zamek i sprawdzę czy Addis jeszcze tam pracuje 🙂 I że będę mogła wyrazić kurierowi UPS, tak prawdziwie, po ludzku, swoją wdzięczność za uwalnianie mnie od problemów w ciężkimi przesyłkami 🙂

Submit a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.