PANDZIA I JA. Pierwsza jazda do Włoch

» Posted by on Lut 19, 2013 in Foto, Ludzie, Podróże | 0 comments

PANDZIA I JA. Pierwsza jazda do Włoch

Pandzia i ja

Pandzia i ja czyli nasza pierwsza wspólna podróż do Włoch.

Na pewno ktoś może się zdziwić, dlaczego umieściłam takie “dwojaki” z winem jako symbol wprowadzający do części drugiej moich opowieści pierwszej, samotnej, zagranicznej podróży z PANDĄ vel Pandziochem. Dlatego, że gdy zmęczona i zestresowana, po pokonaniu po raz pierwszy ponad 1400 km, dotarłam na miejsce i  gdy wyszłam z samochodu na baaaaaaardzo drżących nogach, moją pierwszą myślą było: “chyba zaraz się wypiję całe wino Toskanii!”

No tak… W pierwszej części opisuję, jak zgubiłam się w rozkopanych przygranicznych objazdach, potem na drodze do Bratysławy, a następnie w samej Bratysławie – tu podaję link, do moich pierwszych, niezapomnianych przygód z cyklu moja Pandzia i jej przygody.

Uświadomiłam sobie, że tych “dziwnych” zdarzeń w pierwszej części mogło być o jedno więcej… bo po pokonaniu długiego odcinka rozkopanych dróg, objazdów i innych cudów związanych z budową autostrad po stronie czeskiej i słowackiej, zdecydowałam, że muszę się odstresować i że odpocznę sobie od podróży na pierwszym wolnym, przydrożnym parkingu. Tak jak postanowiłam, tak zrobiłam – zatrzymałam się w jakiejś niewinnie wyglądającej, pustej o tej porze zatoczce przy słowackim lesie.  Wyłączyłam silnik i wyszłam z auta rozprostować zesztywniałe ze stresu kości.

Obeszłam samochód dookoła (podobnie robi mój tata, gdy jest w podróży) i … zamarłam. Niecały metr za Pandą, na drodze, zobaczyłam niczym nie zabezpieczoną i nie oznakowaną podłużną dziurę głębokości gdzieś około metra… Gdybym w nią wjechała nawet jednym kołem, na pewno nie wydostałabym się z tej dziury!! Mało brakowało, naprawdę…

Pomyślałam, że mam niesamowite szczęście. I że to dobry znak. Zaraz potem zgubiłam się dwa razy, co opisałam w wyżej zamieszczonym linku.  Gdy później opowiadałam o tym wszystkim koleżankom, patrzyły na mnie jak na wariata i komentowały: “Trzeba było od razu zawracać! Ja bym od razu zawróciła!” “Mało ci jeszcze było?”

Ale nie było źle! Wracam pamięcią do moje trasy przez Austrię. Nie przepadam za autostradami, więc zdecydowałam się nie jechać przez Wiedeń tylko od Bratysławy aż do Wiener Neustadt jechałam sobie spokojnie przez małe miasteczka. A wkrótce potem zaczęły się pojawiać Graz i Klagenfurt czyli Alpy ze swoimi stromymi górskimi wzniesieniami, które mały silnik Pandzi (1.1) mocno odczuwał, wyjąc w proteście, że nie będzie się wspinać tak wysoko. Ale – raz pod górkę, raz z górki, w końcu jakoś i ja i mój PANDZIOCH przeżyliśmy te góry i w Austrii i we Włoszech

W Austrii zatrzymałam się na odpoczynek przy jakimś zajeździe. Odpoczynek – oczywiście mam na myśli spanie parę godzin w aucie. Wyspana, najedzona, odświeżona wyruszyłam w dalszą drogę. Może po kilkudziesięciu metrach od wyjazdu mignęły mi z prawej strony jasne, bystre oczy jakiegoś zwierzaka. Poczułam jakieś dziwne uderzenie z przodu auta. Chciałam się zatrzymać, ale tuż za mną wyjeżdżał z zajazdu jakiś TIR-owiec, był bardzo blisko… a lewy pas był zajęty przez mknące szybko auta. “Rozjedzie mnie teraz TIR, zrobi ze mnie marmoladę” przestraszyłam się nie na żarty, dodałam gazu… i za parę godzin byłam we Włoszech.

Zatrzymałam się dwa razy na przydrożnych parkingach. Ten drugi raz to było w mieście Bologna, akurat wlałam PANDZI benzyny do pełna i chciałam pójść zapłacić, gdy obok zatrzymało się jakieś czarne auto i wysiadło z niego trzech “smutnych panów” w garniturach, białych koszulach, krawatach i czarnych okularach. Od razu pomyślałam sobie: spotkałam ludzi z filmu “Ojciec Chrzestny IV”. Podeszli do mnie i jeden zapytał się: “perché Lei viaggia senza la TARGA?” Zamurowało mnie, bo nie zrozumiałam, czego ode mnie chcą Było to parę lat temu, kiedy nie rozumiałam jeszcze dobrze włoskiego języka. “Co to jest ta TARGA?” w popłochu przeszukiwałam w pamięci moje włoskie słownictwo i patrzyłam się na nich jak WÓŁ NA MALOWANE WROTA.

Sytuację uratował pracownik stacji benzynowej, który zdenerwowany podszedł do nas, powiedział coś do nich, porozmawiali, po czym oni, ci SMUTNI PANOWIE W CZARNYCH GARNITURACH odjechali. Benzyniarz powiedział do mnie uspokajającym tonem, coś w stylu “signorina, non ti preocupare” i wskazał na Pandę mówiąc “TARGA, TARGA” Spojrzałam uważnie – no tak! nie było tablicy rejestracyjnej! To uderzenie z przodu samochodu, to był ten zwierzak, który w Austrii wpadł mi na auto i zahaczył o tablicę rejestracyjną. Wygląda na to, że ponad 600 km jechałam bez tablicy. Musieli mnie gdzieś tam na monitorach namierzyć…

Od Bolognii do mojego miejsca przeznaczenia było jeszcze niecałe 200 km. Na drodze spotkałam wiele aut policyjnych, a na końcowym odcinku, koło miasteczka Bucine, droga była zamknięta przez Policję, przepuszczali po jednym aucie, ale nikt mnie nie zatrzymał,  tylko spojrzeli, nie pytali o dokumenty czy tablicę rejestracyjną. Panowie policjanci chyba nie zauważyli braku tablicy rejestracyjnej. Albo zostali ostrzeżeni, że z właścicielką tego auta za bardzo się nie da porozumieć 🙂 [envira-gallery id=”20528″]

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.